Znowotworowane przez życie wynurzenia, nieznającego kompromisu heretyka. Bez zbędnego słodzenia, raczej z dużą dozą gorzkiej ironii. Czasem niesztampowo, zazwyczaj z polotem godnym marzyciela, a w dni pochmurne dla mego samopoczucia - brutalnie - bo prawdziwie.
RSS
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dobre transfery

Rodzima ekstraklasa, okraszona nową, niezbyt swojsko brzmiącą nazwą, zainaugurowała z przytupem. Impreza sportowo-rekreacyjna w Bełchatowie dostarczyła widzom piątkowego starcia Kolejorza z łódzkim beniaminkiem sporo nowych spostrzeżeń. Kilka kontrowersyjnych decyzji rozjemcy zawodów, paraliżująca nogi podopiecznych Andrzeja Pyrdoła niemoc, a przede wszystkim zadziwiająca łatwość w wykorzystywaniu słabości rywali przez Lechitów wystarczyły, by targany przez ostatnie miesiące złymi emocjami kibic, mógł - choć na chwilę - pewniej spoglądać na ligową przyszłość poznańskiego zespołu.

 Powodów ku temu, by obawiać się pierwszego ze spotkań w ramach letniego tournee Lecha po stadionach ekstraklasy, namnożyło się sporo. Wstrzemięźliwość podczas letniego okienka transferowego, słabe wyniki w sparingach, zmiany w pionie szkoleniowym czy wreszcie rezygnacja z usług pożegnanego w niezbyt eleganckim stylu, kapitana drużyny. Wszystko to nakazywało oczekiwać ze sporą - regularnie pompowaną w serca sympatyków przez hiszpańskiego szkoleniowca - dozą ostrożności na zapowiadaną od dawna zmianę w jakości gry Kolejorza.

 Niepoprawnym, kpiącym z logiki faktów, optymistom w sukurs przyszli – mimo ambitnych, przedmeczowych założeń -  wygnani z własnych włości, piłkarze Łódzkiego Klubu Sportowego. Gospodarzom starczyło sił i umiejętności zaledwie na pierwsze 20 minut. Później, choć było to tyleż zaskakujące, co niesprawiedliwe, poznaniacy bez skrupuł w odstępie krótkiego czasu dwa razy skutecznie odcinali im dostęp do powietrza, co okazało się ciosem, po którym pozbierać już się nie dało. Bez wątpienia nie tak wyobrażali sobie powrót na ligowe salony koledzy nieprzeciętnie sfrustrowanego Marka Saganowskiego.  

Po tym, jak zapoznaliśmy się z głównymi aktorami piątkowej egzekucji, jednego możemy być pewni. Bask sprowadził latem do zespołu kilku dobrze rokujących zawodników: asystenta Możdżenia, stanowiącego ciekawą alternatywę dla środkowego pomocnika nie do końca potrafiącego wziąć grę drużyny na własne barki; prawoskrzydłowego Štilica, którego cechuje chęć pokazania się jak najszerszemu gronu bramkarzy nie tylko przy okazji meczów w tzw. europejskich pucharach, czy też skutecznego do bólu rosyjskiego napastnika Rudneva, potwierdzającego, że pochlebne recenzje na jego temat nie są wyssane z palca.

 Niemal rok temu, zwycięstwo 5:0 ekipy prowadzonej przez Jacka Zielińskiego z równie słabą jak ŁKS, Cracovią było preludium do wielu ligowych porażek. Kolejne potyczki winny dać choć częściową odpowiedź, na to czy Kolejorz, inaczej niż w minionym sezonie, pójdzie za ciosem i włączy się do walki o ligowy prym, zamiast jedynie przyglądać się z daleka zmaganiom innych, lepiej dysponowanych drużyn. Pozycja wyjściowa wydaje się być wspaniała. Za dwa tygodnie Jose Maria Bakero będzie miał okazję, by ponownie powrócić z Bełchatowa z tarczą. Niewykluczone, że patrząc na resztę ligowej stawki z góry.

02:44, vicente5
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 września 2010
Serce rośnie

Czwartkowego wieczoru niebo nad Stadio Olimpico w Turynie mieniło się, inaczej niż zwykle, bo barwami niebieską i białą. Barwami, które z pewnością włoskim fanom jeszcze na długo będą kaleczyć pamięć. Skazywany na porażkę, osłabiony personalnie Lech Poznań wyciągnął dumnie wyprostowany środkowy palec w kierunku bukmacherów, wywożąc w niesamowitych okolicznościach jeden punkt z trudnego, włoskiego terenu.

I choć Lechici przez lwią część czasu spędzonego na murawie robili wszystko, by nie zremisować tego spotkania – najpierw aplikując Juventusowi dwa gole, a potem jak na zawołanie tracąc samemu trzy – to z osiągniętego rezultatu, ale również ze swojej konsekwentnej gry, mogą być zwyczajnie dumni. Artjoms Rudnevs swoimi trzema trafieniami jasno i wyraźnie dał do zrozumienia, że Lech wcale nie musi klękać przed europejskimi tuzami, nawet jeśli przyjdzie stanąć do walki z najbardziej utytułowanym klubem w Italii. Zdaje się, że żywo dyskutujący po ostatnim gwizdku spotkania Luigi Del Neri i Alessandro del Piero zrozumieli to nieco za późno.

Artjoms Rudnevs swoimi trzema trafieniami przyćmił samego Alessandro del Piero

Paradoksalnie, zawodnicy Jacka Zielińskiego rozgrywając prawdopodobnie najlepszy mecz w tym sezonie, przysporzyli swojemu trenerowi nie tylko emocji rodem z pierwszoklasowej, Spielbergowskiej produkcji, ale również sporo, niechcianego, materiału szkoleniowego. Mistrzom Polski do 91. minuty udało się zmontować przykładny film, pokazując jak przegrać wygrany już mecz. Nasi defensorzy na czele z Krzysztofem Kotorowskim w wielu sytuacjach dzielnie broni dostępu do bramki. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że  Georgio Chiellini wcale nie jest snajperem światowego formatu, a wystawiający co rusz na próbę piłkarzy z Poznania, del Piero, mógł poprzestać na nie zawsze celnych dośrodkowaniach z rzutów wolnych.

Mimo tych mankamentów, nikt może mieć wątpliwości, że gracze Lecha udowodnili - po raz kolejny, tym razem po rocznej banicji - że nawet jeśli w ligowej tabeli, wciąż sporo drużyn patrzy na nich z góry, to jednak Kolejorz jest w tej chwili jedyną polską drużyną, która nie musi spoglądać na, odgrodzoną od naszego kraju grubym murem, europejską piłkę przez lornetkę. Ostatni raz przed Lechitami przez ów mur przeskakiwali – pokonując i walcząc z rozmachem jak równy z równym z prawdziwymi europejskimi firmami – piłkarze Wisły i Groclinu w odległych sezonach 2002/2003 i 2003/2004.

A jeśli zawodnikom z Poznania pozostał niedosyt po remisie z Włochami, należy go zaspokoić 1. grudnia, w spotkaniu rewanżowym. Do tego czasu podopiecznym Zielińskiego przyjdzie rozegrać 3 ważne mecze w ramach rozgrywek Ligi Europejskiej. Nikt z nas, nie miałby nic przeciwko temu, by zobaczyć jeszcze raz strzelającego na zawołanie Rudnevsa, dwojącego i trojącego się w środku pomocy Krivetsa, szarżującego bez umiaru prawą flanką Kikuta, mądrze rozgrywającego Štilica czy walczącego za trzech Djurdjevica. Najlepiej z pomocą rekonwalescentów – Bosackiego, Bandrowskiego, Burica i Kiełba. Bo właśnie od takich momentów rośnie kibicowskie serce.

15:14, vicente5
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Laurka dla naszych drogich nauczycieli

Jakiś rok temu coś tam przebąkiwałem o podziękowaniu za 3 lata dla naszego szanownego grona pedagogicznego. No, skur*****y, kobyłka u płotu, słowo się rzekło. Oczywiście, nie wszyscy zasłużyli sobie na ciepłe słowa, więc tylko elita dostąpiła zaszczytu zaistnienia w poniższym tekście. Na zdrowie.

Dla pani, co wiedziała jaka jest sytuacja

Za to, że zawsze potrafiła trzymać swoje nerwy na wodzy. Za niezapomniane lekcje. Ba, lekcje kreatywne do bólu, na których niczego nieświadom uczeń chłonął wiedzę, niczym gąbka wodę. Za umiejętność dialogu z młodym człowiekiem i liczenie się z każdym Jego zdaniem. Za to, że mobilizowała nas do nauki, wyłapując bezbłędnie każdą ściągę w promieniu 50 metrów. A zatem, za sokoli wzrok, ale również psi węch i nietoperzy słuch. Za żelazne, niczym dziewictwo Madonny, zasady - nigdy nie faworyzowała uczniów ze względu na płeć, wyznanie, kolor skóry, poglądy polityczne, rozmiar buta i ilość ocen. Za to, że przerwa zawsze była dla Nas. Za to, że mogliśmy z Nią podyskutować na dowolny temat. Za to, że nigdy nie wymierzyła w nas określenia Minorum gentium, mimo tego, że łaciną włada nie gorzej niż pan Wołodyjowski szabelką.  Za to, że nie widzieliśmy nigdy przedtem tak sprawnie poruszającego się półtorametrowca - jej podziałka rytmiczna na studniówce była jak czarne dupsko cheerlederki nowojorskich Jankesów na pralce. Za to, że robiła zakupy tylko w Marco Polo. Za to, że była jak dobre polskie winko - im starsza tym dorodniejsza.

Dla pana, który lubił trzy razy założyć własną działalność gospodarczą i dobrze prosperować

Za to, że na lekcjach nigdy nie wspominał o precjozie. Za to, że był dla nas mentorem w dziedzinie podstaw przedsiębiorczości (ośmielę się nawet stwierdzić, że po jego naukach, przedsiębiorczość opanowaliśmy w stopniu mocno zaawansowanym). Za to, że nie był służbistą i sztywniakiem. Za to, że znał się dobrze na historii. Za to, że na wycieczkach trzymał nerwy na wodzy i tolerował czasami nawet nieco niewłaściwe zachowania. Za to, że był świetnym pedagogiem. Za to, że dzięki Niemu doświadczyliśmy rozwoju, jakiego nie moglibyśmy nawet uświadczyć będąc podopiecznymi ministra wsi.

Dla pani, co potrafiła wyprowadzić wzór na długość prącia samicy kangura

Za to, że nasze piękne marginesy były pełne wodzowskich nakazów, godnych niejednego generała. Za to, że zawsze była chętna by nas przekrzykiwać. Za to, że wszędzie gdzie się pojawiała, budowała silne więzi z uczniami - do tego stopnia, że Ci, na wieść o absencji w szkole swojej ukochanej pani profesor, reagowali niemal jak członkowie sekty, których opuścił wielbiony przywódca. Za to, że nawet największego obiboka potrafiła zachęcić do swojego przedmiotu. Za to, że nawet jak w zadaniu nie było danych, to ona potrafiła je obliczyć. Za to, że starszy pan z Jej kolekcji DVD mówił do nas zawsze głośno i wyraźnie. Za to, że piątki wstawiała z uśmiechem na ustach, a po wpisaniu dwóch jedynek w ciągu dnia, obiad i kolacja przestawały jej smakować. Za to, że zawsze zarażała wszystkich swoim, pozbawionym cynizmu i wyrachowania, podejściem do życia. 

Dla pani, która znała niejedną proporcję

Za to, że mimo usilnych prób wielu z nas nigdy nie dała się nabić w przysłowiową flaszkę. Za to, że potrafiła wyjść z twarzą z nawet najbardziej ambarasowej sytuacji. Za to, że zawsze miała dobry pomysł jak rozwiązać zadanie, nie kierując się przy tym odpowiedziami i sugestiami uczniów. Za to, że nigdy nie robiła błędów. A nawet jak robiła błędy, tj. kalkulator je robił, to Ona sama go natychmiast poprawiała. I nawet jeśli powstawało przy tym malutkie zamieszanie, to dzięki swojej błyskotliwości potrafiła wszystko zgrabnie obrócić w świetny żart. Za to, że sprawdzała nasze matury w samo południe, wtedy kiedy umysł jest najbardziej trzeźwy. Za to, że była w szkole zawsze wtedy, gdy trzeba było wystawiać oceny. Za to, że była twardą sztuką. Za to, że sprawdziany robiła w tylko jednej wersji.Za to, że z łatwością potrafiłaby w domowych warunkach wyprodukować tetrahydrocanabinol, a mimo tego wolała skupić się na kształceniu uczniów i poświęcać temu wszystkie swoje soboty. Za jej magiczne "hehe".

Jak powszechnie wiadomo, los w kuluarach uchodzi za wielkiego figlarza. Ale nawet tam, wśród stałych bywalców backstagu, nikt ani przez chwilę nie przypuszczał, co może Nas spotkać. Tym bardziej My, z początku biedne szaraczki, przychodząc do naszej ukochanej szkoły nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Szybko okazało się, jednak że Twierdza Posępnego Czerepu przy Kościuszki 92., ładem, spokojem i międzuczniowską miłością żyje. Bo nawet w burdelach - wbrew pozorom - panuje porządek.

Dzięki za te 3 lata.

 

Nie traktujcie wszystkiego całkiem na serio.

19:33, vicente5
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Rzecz o jednostkach

Międzynarodowy układ SI jednostką (a nie zbiorowością) stoi. I choć Stany Zjednoczone, Liberia i Birma wypięły się nań ostentacyjnie swoimi - nie tylko murzyńskimi - tyłkami, ośmielę się stwierdzić, że w dobie tak zwanego kryzysu ma się całkiem rześko. Bynajmniej, Tu na miejscu nikt z nas nie powodów do narzekań. SI kocha nas matczyną miłością, a i my bez niego stalibyśmy się bezradni, jak dzieci szukające wyjścia awaryjnego w studni wody.

Bez polskiego jakoś sobie w życiu poradzicie. Bez znajomości SI nigdy – lubiła w stanach emocjonalnego uniesienia mawiać moja poczciwa nauczycielka fizyki. Do dziś gnije w tym samym, co 6 lat temu gimnazjum i próbuje wpoić dziesiątkom nieopierzonych nastolatków w kwiecie wieku, że praca, to coś więcej niż tylko przeciwieństwo opierdalania się. W zamian pobiera - taką samą, jak 6 lat temu - skromną pensyjkę, z tym, że w ramach urozmaicenia szkolnej monotonni, musi raz po raz wyjmować swoją spracowaną głowę ze skierowanego wylotem ku dołowi, kosza. Jak to dobrze, że są jeszcze na tym świecie rzeczy, każące wierzyć w sprawiedliwość.

Wróćmy jednak do głównego wątku naszych rozważań. Tak, bez podstawowych wiadomości z zakresu SI, trzeba wykazać się nie lada sprytem, by odnaleźć się w naszej rzeczywistości. Nie trudno wcale wyobrazić sobie statystycznego Jasia Kowalskiego (bo Jasiowie Kowalscy zawsze za wzór i wypadkową wszelkich naszych cech uchodzili), zmuszonego powagą niedzielnej sytuacji do zakupienia odpowiedniej ilości artykułów użytku niecodziennego. Ot, choćby w tak zwanym najbliższym monopolowym. Unoszące się po całym pomieszczeniu, doniosłe żądanie 23, 67 uncji Gorzkiej Żołądkowej albo 0.1102 cetnara kartofelków (no, to może nie w niedzielę i nie w monopolowym), sparaliżowałoby bez wątpienia na długie sekundy pracę nawet najlepiej zorganizowanej kadry sklepowej. Pani ekspedientka, nie wiedząc za bardzo, co ma czynić (bo do zbyt rozgarniętych, to ona nigdy nie należała) uraczyłaby zapewne Jasia niewinnym chichotem. Ten zaś - zupełnie jak Smarki, czyhający za winklem na pewną pannicę - zmieszany własnym wstydem, niekompetencją i nieznajomością realiów, skulony głęboko w duchu, udałby się czym prędzej w kierunku najbliższych drzwi.

Abstrahując już jednak od tak przyziemnych rzeczy jak 0,7 l goudy, warto przyjrzeć się bliżej naszym rodzimym wynalazkom. Nie jest żadną tajemnicą, że od dłuższego czasu w Polsce popularne stały się jednostki, które swoje nazwy wzięły od nazwisk naszych najznamienitszych polityków. A że dostojników takich u Nas Ci dość, to i wybór jest okazały. I tak kolejno: obciach zwykliśmy mierzyć w Lepperach, cuda w Tuskach, słoneczne spojrzenie w Giertychach, a nieszczęścia w Kaczyńskich (chociaż ja akurat nie wiem o co chodzi z tymi nieszczęściami).

Politycy, przyzwyczaili nas do tego, że przewracają nasz mikroświatek do góry nogami. Do podobnych postępków ludzi sportu nikt z nas jednak nie przywykł. A faktem nie zatapialnym jest, to, że od kiedy pospolite i nieco zgrzybiałe już 15 sekund zostało zastąpione przez 1 Wentę, nic już nie jest takie same. Dla jasności sprawy przypomnę iż 1 Wenta, to (zorientowani w temacie mogą ominąć te nudne definice):

1. « przeciętny czas stosunku Bogdana Wenty z jego małżonką,

2. « okres, w którym Artur Siódmiak sprawia, iż ze zwieńczeń układów pokarmowych Norwegów wydobywa się permanentnie miętowa substancja*

Skandynawów mi tam nawet żal nigdy nie było, nie wiem tylko jak do samej sprawy podchodzi pani Wenta, która zawsze uchodziła za sympatyczną osobę.

Niezwykle ciekawą kwestią jest również geneza ustalenia najwszechstronniejszej ze wszystkich jednostek układu SI – 1 chuja. Otóż pewien urodzony w Stanach Zjednoczonych francuski fizyk, John de Gaulle, notabene wielki zwolennik polityki neokolonialnej na zachodnim brzegu Tygrysu i Eufratu, a przy tym wróg publiczny paryskiej drogówki nr. 1, pokusił się w 1965 r. o wprowadzenie w życie uniwersalnego wzoru. Miał on dać jednoznaczną odpowiedź na odwieczne pytanie ludzkości o określenie pędu (w makroświecie właściwszą nazwą jest popęd) i drogi (również w tym przypadku stosujemy raczej określenie długości) jaką ciało przebywa w okresie jednego zamaszystego drgnięcia (zamaszyste drgnięcia w kinetyce definiuje się jako drgnięcia, których cechą jest stała k, większa niż 0,67. Dalej nie wnikajmy). Jak podało BBC Sport, z badań wynikło nie wiele więcej, niż z uruchomienia Wielkiego Zderzacza Hadronów. Pamiątką po tych zmaganiach stała się jednostka wyjebki i wkurwienia 1 chuj (1 ch = 1 km/1 V). Bardziej zainteresowanych odsyłam do lektury podręcznika autorstwa Danuty W. i Teresy. S., Fizyka dla szkół ponadgimnazjalnych cz. 2.

I w tym miejscu należy  uczciwie przyznać, że teoria użytkowników komputerów stacjonarnych i raperów do lat 14stu głosząca, iż to Wilku jako pierwszy wymyślił HWDP, legła w gruzach i jękach rozpaczy. Kto tego nie rozumie, ten pierwotniak intelektualny i malkontent.

 

*Ciekawskich kieruję jak zwykle do niezastąpionego źródła, jakim od lat jest wikipedia.

15:44, vicente5
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2008
Szarego Człowieka przypadki
 
Grudniowy sezon oprócz tego, że lubi zwykłego, szarego obywatela (nie, nie mam tu Broń Boże na myśli żadnych ekskluziw rynsztokers) uraczyć skurwysyńską pogodą, słynie również z rokrocznie planowanej przerwy w naszym, jak przystało na szarych obywateli, monotonnym życiu. To tak, jakbyś miał w skrzyni biegów ukryty siódmy bieg na specjalne okazje. I właśnie, po zapaleniu magicznej, obwieszczającej światu rozpoczęcie ów specjalnej okazji, kontrolki, wszystko zaczyna wariować.  Bo święta to okres, kiedy wariaci aktywniają się. Co więcej, wciągają w wariacki proceder innych, niczego nieświadomych mieszkańców, bogacąc się na tym nieprzyzwoicie. Szary Człowiek nie zastanawiał się nad tym nawet przez sekundę, a ja, nie dość, że już to rozgryzłem, przeżułem i połknąłem, to jeszcze mam czkawkę. Zupełnie jak ten 2-letni dzieciak po solidnej porcji Paprykarza Szczecińskiego.
 
Nie mniej, im starszym, tym wrażenia z tegoż, radosnego z samego założenia, czasu mam coraz mniej ciekawe  Nie, nie to żeby wigilijna kuchnia mamy traciła z czasem na wartości albo tradycyjne pasterkowe kazania  naszego dobrodzieja zaczęły powszednieć. Zostawmy na boku rzeczy święte, zajmijmy się raczej szatańskimi postępkami.

Bo nawet jeśli szatan jest idiotą, w co generalnie rzecz ujmując nie wierzę, to i tak zapewne z radością spogląda na to, co wyrabia się w tak zwanym okresie przedświątecznym. Gwiazdor, choinka, "Kevin sam w domu", barszcz amino, karpie w Tesco i śnieg. Tak, skurwysyny atakują z każdej strony. A nasz szary przyjaciel patrzy na to bez krzty zażenowania. I nie jest w stanie zdeprymować go nawet to, że panom od brudnego marketingu w tegorocznym sezonie z całego tego świątecznego zestawu udało się wyczarować wszystko, po za ostatnią pozycją. Chociaż, na przyszłość spodziewać należy się już absolutnie wszystkiego. W dzisiejszym wydaniu, bardzo popularnej ostatnio w naszych uczniowskich kręgach "Młodego maturzysty" przeczytać bowiem możemy, że panowie specjaliści pracują już dawno nad solidnymi opadami śniegu i zaspami na drogach. Drodzy kierowcy, bądźcie dobrej myśli.

Tak czy inaczej, gdzie by nie wdepnąć - w mięsnym, w szkole, w kinie - widać to samo, wtórność, plastik i komercja, wdzierające się w każdy zakamarek życia naszego szarego bohatera zbiorowego. Nawet "Gwiazdy tańczące na fekaliach" w czerwonych czapeczkach z białymi pomponikami na głowach, nikogo już nie dziwią. W ogóle, zdziwiłbym się gdyby coś jeszcze potrafiło go w tym czasie zdziwić. Wiadomo, wymogi konsumenta są z roku na rok coraz większe. Nic to, że kryzys przebiegle penetruje nasze portfele. Tradycji stać musi się za dość. A Polska jak wiadomo, to kraj tradycyjny, jak ten hajer przodowy z katowickiej kopalni.    
 

 
Tak więc, począwszy od listopada i popularnego ostatnio u nas święta "Haloween", z półek sklepów zaczynają znikać, straszące tak samo jak ekspedienci wystawiający ów eksponaty łbami pełnymi pustek i rozwalającym uśmieszkiem, dynie. W ich miejsce pojawiają się kolorowe światełka, czerwono-białe gadżety, promocje w TP i Samych Swoich. A Szary Człowiek rzuca się na to wszystko łapczywie, łyka, konsumuje i chce jeszcze więcej. I organizuje sobie święta na ulicy już od dawna, chociaż w kalendarzu figuruje cały czas, coraz bardziej abstrakcyjnie brzmiąca nazwa - adwent.

Mnie to jakoś nie zachwyca. W zasadzie, żeby nie przeciążać zbytnio swojego układu nerwowego, przynajmniej od grudnia powinienem ograniczyć nieuzasadnione wypady z domu, pozbyć się telewizjoodbiornika, a komórkę wymienić u najbliższego operatora na znacznie bardziej poczciwszy telefony natury stacjonarnej. Póki co, to tylko sfera imaginacji, ale ucieleśnienie tych planów nie byłoby głupim ruchem. W każdym razie, nawet jeśli nie dam rady, to topienie się w tym całym świątecznym pędzie i tak zostawię specjalistom.

Na pocieszenie, wspomnieć przynajmniej należy o innej, znacznie bardziej doniosłej tradycji. A jakżeby inaczej, szara masa czeka teraz na orędzie i błogosławieństwo na nowy rok do naszego prezydenta. Obawiam się, że wielce prawdopodobne jest, iż zamiast tego może stać się świadkiem peanu na cześć prezydenta RP Lech Kaczyńskiego, wygłoszonego przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Mniemam również, że Maria K., znana zewsząd również jako matka chrzestna pierwszego polskiego samolotu myśliwskiego typu F-16 "Jastrząb"* (za wikipedią) zredaguje odpowiednio tekst ułożony przez małżonka, tak by włożyć weń trochę ciepła i spokoju. Sztuk pijarowych uczyła się przecież od nikogo innego jak od niedoścignionego mistrza, Ojca Dyrektora. Spodziewajmy się zatem sprytnie wplecionych w całą mowę szczerych życzeń i w ogóle jeszcze lepszego roku. To tak w ramach 3 rocznicy rządów K.
 
I jak tu się nie wkurwić? Mimo tych wszystkich niedogodności, nadzieję na poprawę stanu obecnego posiadania należy zachować choć w stanie szczątkowym (bo wielkie rzeczy rodzą z małych). Szary Człowiek, usłyszawszy to, spojarzłby pewnie na moją skromną osobę spode łba i uznawszy ją za twór skrajnie wyalienowany z rzeczywistości, obrzuciłby mnie stekiem inwektyw. To takie płytkie. Ale czy ten debil w ogóle coś innego potrafi?
 
Tekst ma już trochę czasu na karku, ale ostatnio wyszperalem go gdzieś i stwierdziłem, że warto go tu zamieścić.
21:09, vicente5
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 czerwca 2008
Strażacy gaszący polskie nadzieje, czyli los optymisty w polskim kraju

W poniedziałek, jeszcze 5 minut przed meczem próbowałem być znowu niepoprawnym optymistą. Ale jak to zwykle bywa ostatnio z meczami naszej reprezentacji, szybko zostałem wyleczony z tej niespotykanej w naszym kraju dolegliwości. Zdaje się, że polscy piłkarze, minęli się z powołaniem. Przez niespełna 2 godziny zdołali ugasić kilkumilionowy polski entuzjazm do rozmiarów nieokreślenie małych. A najbardziej w tym całym pobojowisku szkoda naszych największych rycerzy – kibiców. Na nich po spotkaniu, o ironio losu, nie czekały pięciogwiazdkowe hotele, a co najwyżej dworce autobusowe i pociągowe prycze, w których lepiej, z oczywistych powodów nie zasypiać. Z drugiej jednak strony wątpię, by którykolwiek z polskich fanów pałętających się tej nocy po Klagenfurcie mógł zasnąć spokojnie.

Nawet wtedy, kiedy były jeszcze szanse, nie ośmieliłbym się napisać, że „miało być tak pięknie”. Zbyt bardzo przeżarty jestem tymi wszystkimi, azjatycko-germańskimi wspomnieniami. Bo po pierwszym meczu z Niemcami, a niedługo potem z Niemcami B, popełnić ów słowa, nawet w tak dobrze ukrytym w sieci miejscu jak mój internetowy pamiętnik, byłoby równoznaczne z kpiną i brakiem szacunku dla nie tylko grupowych przeciwników, ale pewnie też wszechwiedzących bukmacherów (kto sprawdzał kurs na wyjście Polski z grupy, ten już się pewnie śmieje albo w skrajniejszych przypadkach kibicowskiego patriotyzmu - skrycie płacze).

A przecież, wbrew temu, co napisane jest powyżej, miało być lepiej. Piłkarsko, bo Bilić „nie jest idiotą” i w weekend myślał raczej o ćwierćfinałowym starciu z Turkami, niż o nic nie znaczącej potyczce z Polską; ale też organizacyjnie, bo kolejnego karnego - w drugim meczu pod rząd, nie spodziewali się nawet nasi najwięksi czarnowidzowie. Tym bardziej, że pan Webb, po tym jak uratował turniej gospodarzom (na szczęście, egzekucja została przesunięta tylko o 4 dni), nie zdoła już raczej swoimi interwencjami zadowolić zbyt wielu kibiców, albowiem Unia Europejskich Związków Piłkarskich, która z resztą zaciekle broniła swojego arbitra, przydzieliła mu mecz o pietruszkę albo nawet o jej natkę. W każdym razie nie wierzę w to, by mógł być aż tak głupi. Jednym gwizdnięciem zrobił sobie 38 milionów wrogów, więc jak mniemam narazie powinno mu starczyć. Dochodzą mnie nawet słuchy, że za swój heroiczny czyn, ma zostać wkrótce wynagrodzony orderem przez samą królowa brytyjską. Pośmiertnie. Sam zainteresowany nie przejął się chyba jednak zbytnio ani UEFĄ, ani też barwną twórczością naszych internautów, stwierdzając nawet, że „Polacy to dobrzy ludzie”. Dodał jeszcze - co szczególnie mnie dowartościowało - że jesteśmy pracowitym ludem. Co prawda, to prawda – 5 minut po meczu nawet Chińczycy, z całą swoją zaradnością i organizacją pracy nie daliby rady wyprodukować tylu sędziowskich pamiątek w takiej ilości, bynajmniej nie podrób. Wiadomo, made in Poland.

Z resztą, równie ciepło o Polakach wypowiadał się przed meczem sam chorwacki kołcz, wspominając, że Nasze Orły zawsze zwyciężają, gdy grają o honor (śmiem twierdzić, iż po spotkaniu, Bilić jeszcze bardziej polubił nasz kraj). Widać jednak, biało-czerwoni z honorami podjęli tylko Austrię. Gola strzelili, punkt uciułali, czego więcej? Nic, tylko zmykać do domu. Zaraz po meczu z triumfatorem naszej grupy, rzecz jasna. Tak przynajmniej wyglądało to z delikatnym przymrużeniem oka. Mi tam do śmiechu w każdym razie nie było. Humor jednak najwyraźniej nie opuszczał samego Leosia, który marzył o tym, by ustawić naszych obrońców pod teściową Bilica. Na szczęście nie było tak źle i ostateczne polscy defensorzy musieliśmy pilnować Petrica i Klasnica, a zatem zawodników o wiele bardziej przewidywalnych od matki (byłej?) małżonki chorwackiego selekcjonera.

Teraz już, zajmując postawę cynika absolutnego mogę popastwić się trochę nad wszystkim, co rusza się w około. Z resztą punkt kulminacyjny całej tej pomeczowej szopki rozwinął się w poniedziałek, około godziny 22 40. Zawieja frustratorstwa, przemknęła już chyba przez nasz kraj. Szkoda tylko, że wraz z nią nie wywiało wszystkich tych ekspertów, szukających nam na siłę nowego trenejro z kosmosu.

Mi osobiście z polskiego turnieju powstały tylko wspomnienia. Tego wcale nie ukrywam - nadzieja tliła się do samego rozpoczęcia ostatniego meczu (widać i tak kiepski ze mnie kibic, bo znalazłem bardziej radykalne przykłady niezachwianej wiary), ale skończyła ostatecznie jak ten znicz olimpijski zmierzający ku uciesze chińskiego narodu, do Pekinu. Dla jasności, nie obwiniam absolutnie za naszą klęskę Francuzów, co to, to nie. Po prostu jedno i drugie zgasło na skutek problemów technicznych albo jak kto woli z techniką. Choć jak było widać na 90 minutowym obrazku, nie tylko. Próbowałem wierzyć - nikt mi tego nie odmówi, ale złamali mnie po raz kolejny jak zapałeczkę, w dodatku jeszcze zapaloną. Wiara wypaliła się jednak w momentalnie. Wcześniej odważnie „żarząca się” siarka, teraz jest czarna, bo pełna żalu i frustracji.

03:44, vicente5
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 maja 2008
Klucze i wytrychy

No ta, bloga miałem prowadzić. Ale jak z większości moich wspaniałych postanowień wynikło, z tego wielkie... nic (wersja dla dzieci i młodzieży do lat 18). Cały interes, niechybnie uratował mój psor od naszego pięknego ojczystego language’a. A i przyznać należy, że temat jest dość podniosły. No, bo trzeba było na biurko naszego mentora i przywódcy językowego złożyć coś konkretnego (przynajmniej w jego mniemaniu, tak  mi się wydaję). Ta, felieton mieliśmy napisać, o edukacji w dodatku. I jakby tego było mało, to wszystko miało być ubrane w luźny fason, a nie skomponowane w sztywnym jak męski narząd płciowy w akcji, stylu.

Co do edukacji, to miałem w planach napisać jakąś "laurkę" dla nauczycieli, w ramach nieuchronnie zbliżającego się zakończenia roku. Po 11 latach siedzenia w tym gównie mam przecież zasrane prawo do tego, by opisać specyfikę tej śmierdzącej substancji (ciekawy wątek zdominował te zdanie, prawda?). No, ale co się odwlecze, to nie uciecze. We wtorek szanowni nauczyciele zamierzają strajkować. Niech strajkują, ja i tak swoje w klawiaturę wklepię. A tymczasem do lektury.

Finał wieńczy dzieło. Jak co roku, maj okazał się być miesiącem najbardziej bezlitosnym dla licealistów, którzy przystąpili do egzaminów dojrzałości. Nie można również zapomnieć przy tej okazji o naszych drogich nauczycielach, dwojących i trojących się (rzecz jasna w przerwach na obrady komisji), byleby tylko, żaden z uczniów nie popełnił, podczas trwania egzaminu, jakiegoś niemoralnego czynu. Tak na wszelki wypadek, gdyby „ktoś” miał żałować „czegoś” do usranej śmierci.

Chciałoby się zatem napisać, że po solidnie przepracowanym okresie, każdy z maturzystów otrzyma nagrodę za swoje niemal trzyletnie męki. I bynajmniej nie mam tu na myśli dłuższych niż zwykle wakacji, ani też kwiatów pożegnalnych za 3 złote od sztuki skombinowanych w efekcie zwołania pospolitego ruszenia wśród młodszych klas i heroicznej walki o każdy grosik odpowiednich organów ścigania (z doświadczenia wiem, że obowiązek ów spada na skarbników, tudzież przewodniczących – od tego oni są, od tego są oni jakby to rzekł Konon). Nagroda, przygotowywana przez Centralną Komisję Egzaminacyjną z regularnością szwajcarskiego zegarka, w tym roku miała nieco inny wymiar. Bo oprócz tego, że egzaminy znowu odbyły się w maju, ich kształt w zastraszającej ilości nie miał niestety zupełnie nic wspólnego ze szwajcarską dokładnością. Ba, według jednego z członków sejmowej komisji edukacji i zarazem dyrektora najlepszego liceum w Polsce, tegoroczne „przypadki” odchodziły w dość radykalny sposób od standardów ustalanych w poprzednich latach przez polskich przecież profesorów. Błędy wynajdywane na arkuszach egzaminacyjnych z kolejnych przedmiotów zdawały się pojawiać w gazetach i portalach internetowych wszelkiej maści z częstotliwością nie wiele mniejszą, niż częstotliwość pisania feralnych matur przez licealistów.

Jak się okazuje, tegorocznym „wyzwaniom” z języka polskiego nie zdołali podołać znany pisarz Antoni Libera, jak również wybitny historyk prof. Marcin Król. Wszystko przez to, że wykazali się zbyt wielką kreatywnością, oryginalnością i inteligencją. Jednemu i drugiemu nie pomogło również to, że w doskonały sposób zinterpretowali utwory, będące tematem ich wypracowań. A zadanie było przecież z gatunku tych banalnych. Wystarczyło tylko odkryć intencje autorów egzaminu. Jak widać jednak, obaj zacni panowie, popełnili szkolny błąd, nie czytając dokładnie poleceń, a zamiast „wbić się” w klucz odpowiedzi i kroczyć ustaloną z góry drogą, postanowili wyłamać się i wykombinować własne wytrychy. I wyszło im to najwyraźniej bokiem (Król oblał egzamin, a Libera zdołał uzyskać zaledwie 26 na 40 możliwych punktów).

Nad pozostałymi nieprawidłowościami, takimi jak interpretacja snu Izabeli Łęckiej, którego wcale nie było, zadania z fizyki na podstawie najbardziej wiarygodnego źródła wiedzy jakim jest wikipedia czy zadania z matematyki „dla ambitnych”, nie zamierzam się dłużej rozwodzić - z szacunku dla uczniów i by oszczędzić choć trochę kolejnych uwag tym, którzy mieli czelność zabierać się za układanie pytań.

» Król oblał maturę Zamknij X

Czy Antoni Libera i Marcin Król są w stanie zdać maturę z języka polskiego?

zobacz galerię Czy Antoni Libera i Marcin Król są w stanie zdać maturę z języka polskiego? fot. Michał Kołyga

Psikus ze strony jajogłowych profesorów nie ominął również Bogu ducha winnych gimnazjalistów. I choć sprawa zaledwie kilku tysięcy uczniów, zmuszonych do pisania egzaminu z lektur, których nie przerabiali, wydaje się być zaledwie błahostką (i jednocześnie swojego rodzaju preludium, zapowiadającym kolejną lawinę błędów) przy milionach zdających maturę, nikt nie ma zamiaru jej lekceważyć. Zdaje się, że tylko Ministerstwo Edukacji, pozostaje niewzruszone na skargi rodziców chcących wysyłać swoje pociechy do jak najlepszych szkól. Znaczy się, najwyżsi oficjele traktują z równą dozą powagi i szacunku uczniów niezależnie od wieku. Pełno uprawnienie mamy w końcu, prawda?

Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że gimnazjaliści i maturzyści pozostają sami ze swoim problemem. Bo ani dymisja szefa CKE, ani też kwity od pani Hall dla uczniów szykujących się do szkoły średniej, nikomu już nie pomogą. Za rok, jak prorokują najwyżsi urzędnicy ma być o niebo lepiej. W mojej perspektywie, ma to nawet pozytywny wydźwięk. Dziś jednak można mówić już tylko o niesmaku, jaki pozostał po kwietniowo-majowym sezonie.

23:57, vicente5
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 maja 2008
Tamta Barcelona (2003-2008) [*]

Półfinał LM był dla podopiecznych Franka Rijkaarda ostatnią szansą na odniesienie jakiegokolwiek sukcesu w tym sezonie. „Pożegnalny” gwizdek pana Herberta Fandela zdawał się obwieszczać milionom kibiców nie tylko koniec meczu, ale i kres panowania Wielkiej – na nowo – Barcelony. I choć do końca sezonu zostało jeszcze kilka spotkań, włodarze klubu już teraz zastanawiają się nad przyszłością zespołu. I słusznie.

Przed rozpoczęciem sezonu wszystko wyglądało sielankowo. Przemyślane transfery Abidala, Toure, Milito czy Henry’ego dawały wielką nadzieję na odzyskanie utraconego chwilowo, zdawałoby się prymu. Rijkaard miał wszystkie potrzebne klocki, do zbudowania pięknie, ale przede wszystkim skutecznie grającej maszyny. A nawet gdyby, w którymś momencie nastąpiła awaria, mógł w każdej chwili wymienić uwierający element. To, jak wykorzystał miażdżący wręcz potencjał swoich zawodników daje do myślenia. Po lekturze statystyk z ostatnich meczów Katalończyków, mogę tylko zaproponować Holendrowi napisanie książki pt: „Jak utrzymać się przy piłce, i nie strzelić gola”. Brzmi to nie tylko dość prześmiewczo, ale też absurdalnie, zwłaszcza jeśli sobie przypomnimy choćby to, w jakim stylu Barçy sięgnęła po tryumf w Lidze Mistrzów. Nie zamierzam jednak nikogo już męczyć nudną stertą zarzutów kierowanych w stronę hiszpańskiej ekipy, po to tylko by tekst ten nie miał zbyt patetycznego charakteru. O wiele bardziej, wbrew temu co teraz wypisuje się w wszelakiej maści gazetach, wolę skupić się w tym szczególnym momencie na przeszłości. Bo ta była o wiele łaskawsza nie tylko dla kibiców Barçy, ale ogółem, ludzi kochających obejrzeć najprawdziwszą joga bonito. Tego okresu zapominać nam – nawet sympatykom Los Blancos - pod żadnym pozorem nie przystoi. A ja z mojej, mimo wszystko opozycyjnej perspektywy, mogę tylko podziękować Blaugranie. Tak mi nakazuje sumienie.

Dziękuję za to, że pokazałaś w erze futbolu bez finezyjnego piętna, jak wygrywać z polotem i fantazją, jak wprawić w szczery podziw nawet największych przeciwników Ronaldinho – bo właśnie z tym panem, chcąc nie chcąc, bez względu na to co działo się ostatnio wokół Brazylijczyka, należy kojarzyć ostatnie sukcesy Barcelony - i spółki.

Dziękuję za to, że wskazałaś włodarzą Realu miejsce w szeregu i w kolejnych sezonach obnażałaś, nawet w korespondencyjny sposób słabość zespołu z Madrytu, po to tylko, żeby pierwsze po 4 latach posuchy trofeum dla Los Blancos miało jeszcze lepszy smak i wydźwięk.

Dziękuję za to, że skupiłaś w ciągu kilku lat i zagarnęłaś na wyłączność większość – teraz już eufemizując - najbardziej niezrażonych postawą swojego zespołu kibiców, panoszących się bynajmniej nie tylko na Camp Nou. Do tego stopnia, że zabrakło ich dla innych zespołów.

Dziękuję za mecze z Chelsea, Milanem, Arsenalem, za „najpiękniejsze Derby XX wieku” (za Piłką Nożną) - które mieliśmy okazję śledzić w zeszłym sezonie, ale i lekcję futbolu na Santiago Bernabeu w listopadzie 2005 r.

Dziękuję za Messiego, Fabregasa, Krkića - piłkarzy którzy już teraz przeczą wszelkim zasadą logiki, a cieszyć nas swoją grą – miejmy nadzieje – będą jeszcze przez długie lata. Tak samo jak za to, że pozwoliłaś rozwinąć swoje niebywałe umiejętności temu, który „nie jest piłkarzem, a zjawiskiem”. Ronaldinho też należy się szacunek.

A teraz, kiedy już trochę się porozczulałem, nie omieszkam zadać pytania - co dziś – gdy mamy jeszcze w pamięci dwumecz z Manchesterem - zostało z tej całej maszynerii? Sponiewierany kontuzjami Leo Messi, na którym spoczywa tradycyjnie cały ciężar gry; Thierry Henry, który przeniósł się do Barcelony by wreszcie odnosić sukcesy w Europie; Samuel Eto'o, który panosząc się po boisku myślał chyba o tym, jak wszystkie swoje gole strzelone w tym roku zamienić na chociaż jednego w starciu z Czerwonymi Diabłami albo Bojan Krkić, pojawiający się na boisku po to tylko, by w najbardziej newralgicznym momencie sezonu, biegać po boisku z całym ciężarem odpowiedzialności jakim nie chybnie obdarzał go taktyk z Holandii - wprowadzając Serba jako ostatnią deskę ratunku. Tyle i tylko tyle.

Barcelona prawdopodobnie już nigdy nie będzie już grać, jak za czasów Franka Rijjkaarda. Większość kibiców, ma powody do zadowolenia, bo i wreszcie zajdą jakieś radykalne zmiany. Nikt tylko nie wie czy będzie piękniej niż jeszcze kilka lat temu. W piłkarskie rewolucje przynoszące szybkie i skuteczne zmiany raczej nie wierze. Dlatego też, drogi kibicu, niezależnie od tego z kim sympatyzujesz, wspomnij czasem „tamtą Barcelonę”.

A to, tak dla przypomnienia jednego z najpiękniejszych starć w historii LM. Tak grał Real, tak grała Barcelona. Pamiętajmy.

00:50, vicente5
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 maja 2008
Finał samych swoich

I stało się to, co generalnie kiedyś nastąpić musiało. Mamy dwa „angielskie” zespoły w finale LM. Tylko dlaczego akurat w tym roku? Mój skądinąd pozytywny sposób postrzegania tej elitarnej ligi europejskiej zanika wprost proporcjonalnie do ilości obejrzanych spotkań z angielskimi klubami w roli głównej. A piszę o tym z raczej niemałym żalem, jako że w najbliższej, ale pewnie też w tej dalszej przyszłości widoków na to, by aktualny układ sił szybko się zmienił, zwyczajnie nie ma. I śmiem obawiać się, że stanu tego zażenowania uratować nie są w stanie już ani sir Alex Ferguson, ani też Arsene Wenger – Anglicy z limfy i chrząstki jak by nie patrzeć. O ubzduranej antypatii to stylu preferowanego przez szkoleniowców Chelsea i Liverpoolu wspominać szerzej nawet nie mam zamiaru. Nie w tym rzecz.

Brytyjscy kibice (rzecz jasna nie wszyscy, bo jak wiemy rozdrobnienie związane z preferowanym klubem już w tak prowincjonalnej mieścinie jak Londyn jest niemałe, o całym elżbietańskim królestwie nie mówiąc już ani słowem) jak się można domyślać wreszcie mają powody ku temu by się cieszyć . A może należało im się „to” po 21 listopada? Nie wiem tylko czy fakt, dotarcia ManU i Chelsea do finału LM dowartościuje w tak znaczący sposób statystycznego angielskiego fana, że zapomni o reprezentacji, w której chcąc, nie chcąc muszą grać sami Anglicy. A raczej panowie z paszportem Korony Brytyjskiej w łapsku (od pewnego czasu trzeba uważać z używaniem słów: obywatel RP i Polak jako synonimów, analogicznie zatem rzecz ujmując z Wielką Brytanią kwestia ta ma się podobnie, jeśli nie nawet bardziej niebezpiecznie, bo nas nie zalała jeszcze ludność z dalekiego i bliskiego wschodu/zachodu/północy/południa). Ale to już jest raczej kwestia odpowiednich priorytetów (klub/reprezentacja). W Polsce z tym problemów generalnie nie mamy (o was, drodzy Ślązacy w tej chwili zapominam - nie zupełnie bez powodu z resztą). Na wyspach z powodów natury oczywistej wydawać może się to bardziej pogmatwane. Nawet nie chcę jednak wnikać, co siedzi w głowie takiego angielskiego kibola (albo hooligansa bo to pierwsze brzmi zbyt polsko, a po drugie mało radykalnie i bez wzbudzania należnego szacunku jakoś tak).

Jak już nabąknąć raczyłem, Anglicy mogą czuć się dumni ze swoich pupili. Tak samo z resztą cieszyć się mogą Portugalczycy, Holendrzy, Francuzi, Polacy (!), Koreańczycy, Niemcy, Czesi, Brazylijczycy, Irlandczycy, Argentyńczycy, Ukraińcy, obywatele Ghany i WKS, a nawet Szkoci i Żydzi. I bynajmniej nie tylko dlatego, że Chelsea i Manchester mają fanów na całym bożym świecie. Dziwić to nikogo zupełnie nie powinno. Mieniąca się najlepszą ligą w Europie – Premiership (a jakże), aż topi się w zagranicznym towarze. Nawet jeśli Anglicy nastawiają się bardziej na detal niż hurt, to i tak rodzime interesy na tym - w dalszej perspektywie - nie zyskują. Piłkarze to raz, a trenerzy to dwa. No bo kto teraz mówi o angielskiej myśli szkoleniowej?

Całe te szydło wyszło chyba jednak na dobre już z wora dopiero w zeszłym roku. Bo meczu z Chorwatami – jak żadnego innego w ostatnim czasie – normalnemu anglikowi przypominać dwa razy nie trzeba. Teraz została tylko czkawka lub jak to woli dziura w worze. A panowie coachowie ani słyszeć chcą o ujednoliceniu swoich kadr pod względem pochodzenia. Chyba, że głównym kluczem przy zbieraniu takiej ferajny grajków byłby nieangielski paszport. Najlepiej od razu kraju z Uni Europejskiej, co by szybciej mógł dostać pozwolenie na ciężką pracę.

W angielski futbol dalej wpompowywane będą przez różnej maści Rosjan, Koreńczyków, Amerykanów bajońskie sumy – o to możemy być pewni . Tak samo, za pewnik przyjąć możemy, to, że angielskie zespoły dalej będą rządzić w Europie. Tylko czy w takim, a nie innym układzie panowie z FA nie kopią sobie grobu? Daleki jestem od stwierdzenia, że największym problem reprezentacji Albionu jest Premiership, ale póki taki, a nie inny stan rzeczy będzie się utrzymywać, ktoś na tym będzie zawsze tracił. A kibice głupi nie są. Dodatkowych wspomnień innym krajom typu Chorwacja czy Macedonia dostarczać już nie chcą.

02:09, vicente5
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 kwietnia 2008
Dla statystyk
No tak, miało być niebanalnie, niesztampowo i ironicznie. Jak to? Zdaje się, że właśnie uległem generalnie dziwnemu trendowi prowadzenia internetowego pamiętnika. Zdaje się również, że jeśli weźmiemy pod uwagę te, które w kłamaniu są nieocenione (statystyki) to w samej, skądinąd zbiedziałej Polsce – chociaż jak wiemy od kilku lat dzięki wspaniałym rządom braci… (cenzura obliguje mnie do tego, żeby promować raczej wielodzietny model podstawowej komórki społecznej, niż nazwy ulubionych ptaków wodnych. Ale czego nie robi się dla narodu?) ...ojców i synów wszystko idzie w jak najwłaściwszym kierunku - mamy niecałe 3 mln. blogów*, co daje średnio 7,5 bloga/km2 (bo uwierzyć, że 15,2 % społeczeństwa zabrało się już za tę szkaradną działalność mimo mojej wrodzonej wprost niezmierzonej naiwności uwierzyć nie dam rady – nawet jeśli dnia 29. czerwca nasze biało-czerwone jastrzębie będą latać po wiedeńskim stadionie z pucharem Henri’ego Delaunay’a w łapskach). W porównaniu z Japończykami to i tak pryszcz. Ale oni widzą świat inaczej niż my, bo przez swoje urocze skośne oczka postrzegają wszystko co ich otacza... w troche innych barwach. I może mają więcej problemów niż my, albo - co jest o wiele bardziej wiarygodne - tak im się wydaję. Tak czy inaczej, mają gdzie się wyżalić. Znaczy się, taki znowu zły wynazek to to nie jest. Niemniej jednak abstrahując już od wątku japońskiego, postanowiłem nieco podrasować wartość tych wszystkich cyferek i bynajmniej na ilości nie zamierzam poprzestać.
A wracając do pierwszego zdania – mimo tego, iż już od pierwszej notki łamię wszelkie zasady związane z niesztampowością i oryginalnością, ufam, że uda mi się zachować jeszcze jakieś resztki na kolejne teksty. Bo podobno mają być. A o słuszną porcję ironii jestem spokojny. Zawsze znajdzie się liczne grono towarzyszów frustrujących się na wszystkie możliwe sposoby, które zmobilizuje mnie by pogłębić ich zawsze ciekawy dla przypadkowego obserwatora (chociaż obserwator w ciągu kilku ostatnich lat w Polsce, przybrało generalnie niezbyt szlachetnego znaczenia - tak samo z resztą jak sędzią, działacz, prezes, piłkarz tudzież kopacz - umówmy się jednak, że w momencie pisania tych wypocin miałem intencje dobre z samego założenia) stan uniesienia. I nie żebym był złośliwcem jakim, po prostu dobrze jest się trochę pośmiać. Frustraci ów, nierzadko wpadający na „stronki” typu onet czy wp, pewnie i tak nie dadzą rady przebić basha, ale zdrowia tj. śmiechu nigdy człowiekowi steranemu życiem nigdy za dużo.

A co do tytułu, każdy kto kiedyś kopał piłkę (zaraz zwali się tu ruch oporu feministek domagających się swoich praw), winien wiedzieć o ce be. Znaczy się, rzecz polega na tym by uderzać w sedno sprawy, jak najbardziej z zaskoczenia (dla przeciwnika), ale jednocześnie z wyraźnym zaznaczeniem finezji i pewności siebie. Zresztą wystarczy zobaczyć:
 

 

*Dane zasięgnięte z wikipedi, powszechnie uważanej za capiajstwo pierwszej jakości przez naszą ukochaną panią od jeszcze bardziej uwielbianego przedmiotu jakim jest biologia. Chociaż nie wiem czy nie powinno być raczej na odwrót.


20:53, vicente5
Link Komentarze (2) »